poradnia

kursy

warsztaty
porady-indywidualne



galeria

moje-mazy
kontakt
kontakt

 

 

MARIA DANIELEWSKA

Teolog, psychoterapeuta, pedagog w zakresie wychowania do życia w rodzinie 
i wychowania seksualnego, doradca życia duchowego. Żyję w małżeństwie sakramentalnym. Wspólnie z Mężem wzrastamy z czwórką naszych dzieci ku Miłości.

W 2009 r. otrzymałam misję kanoniczną udzieloną przez Ks. bp Józefa Szamockiego do prowadzenia Poradni Małżeńskiej i Rodzinnej, która byłaby miejscem stałej pomocy małżeństwu i rodzinie.
Rozumiejąc trudności i problemy z jakimi dziś musi się mierzyć współczesne małżeństwo, zapragnęłam ukazywać specyfikę małżeństwa sakramentalnego jako drogę szczególnego powołania i odkrywania jego piękna w świetle Ewangelii rozumianej tu i teraz. Żyjąc w małżeństwie i wychowując czworo dzieci wraz z mężem borykaliśmy się i pokonywaliśmy wiele przeszkód i trudności, które nie raz wymagały głębokiej wiary i walki 
z samym sobą. W swojej pracy wykorzystuję wiedzę psychologiczna i duchową oraz doświadczenie osobiste wynikające z ponad 20 - letniego stażu małżeńskiego. Zależy mi na tym, 
aby poradnia była miejscem SPOTKANIA, doświadczenia siebie w obecności osoby, która z uwagą słucha i rozumie, aby była swego rodzaju lustrem, w którym można zobaczyć siebie dotąd nieznanym.

Pomoc ma się dokonywać poprzez OSOBOWE SPOTKANIE. Pomoc ma polegać na zlikwidowaniu przeszkód, dzięki czemu osoba o własnych siłach będzie mogła rozwiązać swój problem i to w oparciu o naturalną dążność do dojrzewania i integracji, tkwiącej w niej samej. Głównym czynnikiem uzdrawiającym jest autentyczna, żywa relacja osób. Chciałabym, aby spotkania prowadzone były w warunkach raczej "kawiarni" niż "zimnego gabinetu", w atmosferze ciepła i życzliwości.

Jestem członkiem Stowarzyszenia Psychologów Chrześcijańskich, pracuję pod superwizją.                                                                                                                                                                    

Współpracuję z Duszpasterstwem OO. Jezuitów w Toruniu, z Domem Rekolekcyjnym OO. Jezuitów w Suchej, z Wydziałem Katechetycznym i Duszpasterstwem Rodzin Diecezji Toruńskiej,  Parafią św. Jakuba w Toruniu.

W sierpniu 2013 rozszerzyłam działalność Poradni.

 

 

 

   Tu możesz posłuchać audycji w radio SFERA (16.11.2011) 
   Audycja z udziałem ojca Grzegorza Dobroczyńskiego SJ i Marii Danielewskiej

   Tu możesz przeczytać artykuł z nr 43 "NIEDZIELI" (24.10.2010) 
   "Rozwiązywać problemy małżeńskie a nie małżeństwa" cz.II str.VI
    
   Tu możesz przeczytać artykuł z nr 42 "NIEDZIELI" (17.10.2010)
   "Rozwiązywać problemy małżeńskie a nie małżeństwa" cz.I str.V

    Tu możesz przeczytać wywiad z czerwca 2010

 

 


 



NIE JESTEŚ NIKIM, czyli najciekawsza przygoda życia

 

O odnajdywaniu samego siebie, radości życia i dialogu z własnymi emocjami - rozmowa z Marią Danielewską, autorką warsztatu "KIM JESTEM?"

Z zazdrością patrzymy na tych, którzy żyją radośnie, w zgodzie ze sobą, przejrzyście… Czuje się, że lubią sami siebie i są lubiani przez innych. Może nie mają kokosów, ale mają wewnętrzne spełnienie. A ja? Czemu nie mam tej iskry? Dlaczego czuję niemoc, która odbiera mi energię i pozbawia smaku życia? Czego mi brak? I kim ja właściwie jestem?

 

Mira Jankowska: - Prowadzi Pani autorskie warsztaty „Kim jestem? W poszukiwaniu własnej tożsamości”. Czy to znaczy, że faktycznie nie wiemy, kim jesteśmy?

 

Maria Danielewska: - Zwykle nam się wydaje, że to wiemy. Są jednak sytuacje w życiu, w których się okazuje, że to pytanie zaczyna nas na nowo nurtować. Wtedy zaczynamy szperać i grzebać, by dojść do prawdy. Często się wtedy okazuje się, że nie wiemy, gdzie i jak szukać odpowiedzi na pytanie „Kim jestem?”, w jakiej przestrzeni swojego życia i własnej osoby.

 

Gdybyśmy zapytali ludzi, czy wiesz, kim jesteś, to pewnie usłyszelibyśmy różne odpowiedzi.

Jestem kobietą, żoną, mężem, rodzicem, dziadkiem, urzędnikiem, dyrektorem, lekarzem, nauczycielką, Polakiem… Ale zwykle są to role, w jakich występujemy… Mamy zbudowany swój świat, w którym funkcjonujemy i wyrobione wyobrażenie na swój temat. Czasem jednak pojawia się sytuacja, która nas zaskakuje, wymyka nam się spod kontroli, na przykład jakiś kryzys czy konflikt i wtedy pojawia się pytanie, ale dlaczego ja sobie z tym nie radzę? To może zacząć się już w szkole, kiedy dziecko ma trudności w środowisku rówieśników, albo w małżeństwie, gdzie pomimo że małżonkowie mają wyższe wykształcenie i dotąd między nimi wszystko świetnie się układało, nagle żona ma do męża jakieś pretensje. W tym momencie on przestaje być dla niej taki cudowny jak dotąd i zaczyna się zastanawiać: kim ja jestem?, kim jest moja żona?, co się między nami dzieje? Wtedy zaczynamy wnikać w siebie głębiej.

 

Nie wynosimy tej wiedzy z domu rodzinnego?

Mimo że rodzice zwykle bardzo kochają swoje dziecko, to jednak nie są doskonali, dają mu tylko tyle, ile mają. I nie zawsze to wystarczy, by stać się tym kimś, kim mam być według kreacji Stwórcy. Myślę tutaj nie tylko o sferze materialnej i fizycznej, ale przede wszystkim o sferze emocjonalnej i duchowej, czyli o wnętrzu osobowym, całym potencjale, który tworzy człowieka. Dobra zewnętrzne nas tylko dookreślają, tu chodzi o istotę mojego „ja”. To, jak rodzice siebie sami kochają - jaką mają relację, na ile siebie rozumieją, na ile sami wiedzą, kim są i znają sens własnego życia - na tyle będą potrafili przekazać to swoim dzieciom. Jeżeli samych siebie kochają, to i dziecko będzie się czuło kochane, bo będą się tym dzielić ze sobą. Jeżeli są w małżeństwie problemy, a w rodzinie konflikty, to i dziecko nie będzie wiedziało za bardzo kim jest, bo często wtedy przejmuje ono rolę opiekuna i dba o małżeństwo rodziców, o to by rodzina się nie rozpadła. Tu są już pierwsze rany, które uniemożliwiają dziecku bycie sobą. Może ono „gubić” swoją tożsamość, bo musi się stawać kimś innym, niż mogłoby być, gdyby miało inne warunki i środowisko do życia. Takie sytuacje zamiany ról dziecko nie percepuje, wpycha w podświadomość i dopiero w życiu dorosłym to nam się odsłania. Czujemy, że nie jesteśmy tym kimś, kim chcielibyśmy być, albo kim moglibyśmy być. Do mojej poradni przychodzi wiele osób, które zostały bardzo zranione w swoim domu rodzinnym. I to na różne sposoby. Jeśli była to przemoc fizyczna, to zwykle towarzyszy temu przemoc psychiczna. Najgłębsze, ukryte, zakamuflowane formy przemocy są właśnie na płaszczyźnie psychicznej i duchowej. Jak człowiek jest traktowany jak „nikt”, to wzrasta w poczuciu bycia „nikim”. W życiu dorosłym może się to wyrażać poprzez problemy w znalezieniu pracy, nawiązywaniu bliskich więzi, albo szukaniu i porzucaniu partnerów, w różnorakich uzależnieniach, także od miłości, pornografii, seksu czy jedzenia. Wszystko dlatego, że nie dostaliśmy takiej dawki miłości, która buduje zdrowe poczucie własnej wartości i pozwala pokonywać wyzwania dorosłości.

 

W dorosłym życiu wychodzą z nas ukryte w podświadomości przykre stany, przeżycia, doświadczenia z dzieciństwa. Jak je przekuć w korzyść?

Miłość jest podstawą w doświadczaniu siebie, w budowaniu własnej tożsamości. To jest ten właściwy pokarm. Przejawia się ona na różne sposoby. Od poczucia bezpieczeństwa finansowego rodziny, poprzez odpowiednie odżywianie, ubiór, czas, który się poświęca dziecku, uczucia, które mu się okazuje, wspiera się je pozytywnym postrzeganiem, pomocą w nauce, interesowaniem się jego pasjami, szkołą. To wszystko jest niezwykle istotne dla dziecka, by ono czuło, że istnieje, że jest ważne. Że takie, jakie jest, już jest wspaniałe i że nie musi się zmieniać, żeby się podobać rodzicom. Czasem rodzice mają ogromne oczekiwania wobec dziecka, a nie potrafią zobaczyć, jakie ono już jest. Nie dostrzegają jego uzdolnień, talentów, jego jedyności, tyko próbują je kreować według własnego widzimisię. To jest bardzo niszczycielskie. Dziecko wtedy nie może stawać się sobą, więc staje się „nie-sobą”. Traci to swoje „ja”.

 

Dzieciństwo ma niezwykle ważny wpływ na nasze postrzeganie siebie i na naszą przyszłość…

Jeśli ktoś w domu rodzinnym nie doświadczył uznania, nie był chwalony, podziwiany, nie doświadczył radości z siebie, to będzie w życiu szukał kogoś, kto by go docenił. Jeśli dziewczyna nie zaznała takiego uznania w dzieciństwie i  młodości, to jako kobieta będzie szukała kogoś, kto się nią zachwyci, wejdzie jak w masło w taką znajomość. Wreszcie będzie czuła się spełniona. Wreszcie ktoś zaspokoi jej głód akceptacji i podziwu. Ona będzie się odwzajemniać tym, czego mężczyzna nie doświadczył. Jeśli mężczyzna wyczuje ten głód, będzie bazował na zaspokojeniu jej braku, by ją zdobyć dla siebie dla zaspokojenia własnego braku, być może również podziwu 
i uznania. Otrzymuje wtedy zachwyt i uwielbienie za to, że zaspokaja jej potrzebę. Dzieje się to na płaszczyźnie podświadomej. W ten sposób rodzi się nie miłość, a  współuzależnienie: on mi daje to, czego ja nie miałam, a ona to, czego ja nie doznałem. I stajemy się pozorne jedno.

 

Wielu z nas to nazywa prawdziwą miłością i odnalezieniem się dwu połówek jabłka…

W pierwszym odczuciu odbieramy to jako ogromne zakochanie, żyć bez siebie nie możemy. Po jakimś czasie jednak zaczynam odczuwać, że partner już mi nie daje tak dużo uznania, jak bym chciała, bo też widzi, że ja nie tylko jestem wspaniała. Ja także zdejmuję różowe okulary i widzę słabości narzeczonego czy męża. I wtedy zaczynamy dostrzegać pustkę… Zamiast uznania mogę doświadczać zarzutów, pretensji, żalów, czyli wracają te same stany i uczucia, które przeżywałam w dzieciństwie. Wraca pierwotny ból, którego doświadczałam wcześniej i rozpoznaję, że to nie była miłość… Nie było to coś, co miałam do dania, tylko coś, co brałam od drugiej osoby w sferze emocjonalnej, bo było mi potrzebne, bym się wypełniła. Teraz trzeba znowu spotkać się ze sobą prawdziwą, odciąć to współuzależnienie…

 

Spotkać się ze sobą – prawdziwą… Co to znaczy?

Sama mam dotrzeć do tego, co mam w sobie ważnego do uznania - często dzięki innym ludziom, trudnościom, sukcesom, modlitwie - i nie uzależniać się od innych, czyli nie posługiwać się innymi dla poprawienia sobie samopoczucia. To oznacza przyznać się przed sobą samą, że noszę w sobie taki brak, na przykład brak uznania, docenienia. Sama mam zobaczyć, co mam w sobie ważnego do uznania, do podziwiania, co mam cennego, wartościowego i uradować się tym. Muszę sama w swoich oczach „dorosnąć”, żeby znaleźć te wartości, docenić samą siebie i nie potrzebować, by ktoś mnie doceniał. Muszę sama odkryć to dla siebie. Owszem, potrzebuję innych, by też to we mnie zauważyli, ale jeżeli sama zacznę nad sobą pracować i to odkrywać, to wówczas inni zaczną to we mnie widzieć. Staję się wtedy niezależną osobą.

 

Prawie każdy z nas nosi w sobie taki brak: uznania, docenienia, niskie poczucie własnej wartości.

Dlatego współuzależnienia mogą być większe lub mniejsze. Może być tak, że możemy się zabijać, a może być tak, że możemy jedynie się obrażać. Kiedy na przykład w pracy nasz projekt jest źle oceniony, jak się zachowujemy? Wycofujemy się, wstydzimy, gaśniemy, czy przeciwnie – reagujemy agresją, złością lub płaczem? Jeśli pojawiają się uczucia dotąd nieznane, gwałtowne, zaskakujące nas samych, to one nie biorą się znikąd. Te głębokie emocje coś o nas mówią. Czasem gniew, wściekłość możemy w sobie chować i starać się, by nikt ich nie zauważył. Niekiedy kryjemy je nawet sami przed sobą.

 

Czego ta nagła złość czy wściekłość może być symptomem?

Może poczułam się na tyle bezpiecznie, czy na tyle silna, że już tę emocję w sobie dopuściłam do głosu? Jeśli ktoś wcześniej zakwestionował mój pomysł, coś przez to utraciłam i nie umiałam się temu wówczas sprzeciwić, pogodziłam się z tym, choć czułam się ofiarą takiego działania, to ta sytuacja bardzo mnie zabolała. Nic z nią jednak nie zrobiłam. Po jakimś czasie, czasem po wielu latach, pojawia się podobna sytuacja, która mogłaby doprowadzić do podobnych bolesnych doświadczeń. Wówczas mogę zachować się agresywnie, bo tamto doświadczenie wydobyło się w tym momencie i krzyknęłam, dziwiąc się dlaczego. Stopniowo uświadamiam sobie: Zaraz! to jest moja obrona przed tym, co mogłoby mnie skrzywdzić ponownie. Ta moja emocja mnie ratuje przed podobnym wykorzystaniem. To pomoc. Ale muszę się koniecznie zapytać, co ona mi mówi. Na tak postawione pytanie znajdę odpowiedź, jeśli zacznę schodzić do piwnicy samej siebie. To trwa, bo to proces, ale jego owocność jest ogromna. Muszę uczciwie zajrzeć w głąb serca i zapytać się tej emocji: co ty chcesz mi powiedzieć? Wiem, że chcesz mi pomóc, tylko jak mam to odczytać? Rozmawiam ze swoją emocją.

 

Rozmawiać z emocją? Można zostać posądzonym o małego świra…

(śmiech) To jest kwestia pracy nad sobą. Jeśli ktoś pracuje nad swoim życiem wewnętrznym i spotka się z osobą, która nigdy tego nie robiła, to dla niej może to być odejście od normy, „świrowanie”, bzik, ale jeśli ktoś rozumie, że jest taka rzeczywistość, jak świat niewidzialny, do którego należą też nasze emocje, wtedy to, co widzimy, jest tak samo ważne, jak to, czego nie widzimy. Myślę, że świat wewnętrzny jest o wiele bogatszy niż ten, który widzimy na zewnątrz, zmysłowy.

 

Fakt, te wewnętrzne stany nie są widoczne jako takie, ale przejawiają się przez nasze akty: działania, zachowania, gesty, słowa, mimikę, czasem przez brak reakcji. Nie zawsze nas zachwyca to, co się w nas dzieje, a zwłaszcza nasz sposób reagowania. Jak to w sobie pokochać?

Kochanie siebie samego jest możliwe wtedy, gdy poznamy prawdę o sobie. Ażeby ją poznać musimy zacząć jej szukać wchodząc w historię własnego  życia i w różne sytuacje z przeszłości, do których nie mieliśmy dostępu, bo wypchnęliśmy je w niepamięć, a one trzymają nas w węzłach gordyjskich. Czasami czujemy się jak sparaliżowani. Z jednej strony mamy ogromne pragnienie życia, doświadczania radości, a z drugiej coś nas od wewnątrz przytrzymuje. Kiedy dojdziemy do tych związań, węzłów i odważymy się je rozsupłać, wtedy istnieje możliwość poznania siebie prawdziwymi, a wtedy się uwolnimy. Jak się uwolnimy, to poczujemy przypływ nowej energii, radość życia. To przyciąga do nas ludzi, bo każdy chce iść do osób radosnych, a nie do smutasów zamkniętych i patrzących krzywo. Doświadczamy więc wewnętrznej radości, także tej płynącej z bycia z ludźmi, czyli spełnienia, bo spełniamy się w relacjach.